Reklama

Lekarz trędowatych

Maria Kowalska zwiedziła prawie cały świat. Była w Azji, Afryce i w obu Amerykach. Bardzo często nie miała czasu na podziwianie uroków egzotycznych miejsc. Jest lekarzem z wykształcenia i zamiłowania. Jeździła po świecie, aby pomagać ludziom chorym na jedną z najstraszniejszych chorób - na trąd

Niedziela kielecka 16/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Urodziła się przed wojną w Brześciu nad Bugiem. Tato był zawodowym żołnierzem, mama zajmowała się domem. Jej mama była niezwykle aktywną kobietą, ale żona oficera nie mogła pracować i nie wszystkim wypadało jej się zajmować. Takie czasy.

Czekali na człowieka

Pamięta klimat Brześcia, domy, ludzi i mamę, która ją, małą dziewczynkę, prowadziła za rękę, gdy szła do żydowskiej dzielnicy, gdzie w starych rozwalających się domach gnieździły się liczne rodziny, a ludzie wyciągali rękę po chleb. Matka Marii była działaczką charytatywną, swoją postawą uczyła córkę, jak żyć i co w życiu jest najważniejsze. Już jako dziecko zrozumiała, że najważniejszy w życiu jest drugi człowiek. Pamięta tę matczyną dłoń, którą trzymała jako dziecko i smutne twarze biednych ludzi, którzy czekali na człowieka.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Porucznik Maria w obozie

Reklama

Jako młoda kobieta przeżyła Powstanie Warszawskie. W okupacyjnej rzeczywistości przygotowywała się do zawodu lekarza, uczęszczając na wykłady prowadzone przez profesorów w konspiracji. Tysiące zabitych ludzi, zniszczone domy, głód, choroby, egzekucje i śmierdzące kanały, w których szukano ratunku. 13 października 1944 r. Niemcy wywieźli powstańców do stalagu Zeithain. Młoda dziewczyna - porucznik Armii Krajowej została wywieziona na zachód w bydlęcym wagonie. Nikt nie był pewny, czy jeszcze zobaczy ojczyste strony. Maria była po trzecim roku medycyny, a w obozie zorganizowano szpital dla polskich powstańców. Pod okiem lekarzy zdobywała nowe umiejętności, niosąc rannym ulgę w cierpieniu. Jej marzeniem było studiowanie gruźlicy, w obozie miała możliwość brania udziału w konsultacjach prowadzonych przez lekarzy z Instytutu Forlaniniego z Rzymu. Miała nadzieję, że koszmar wojny kiedyś się skończy i wszystko się jakoś ułoży. Obok obozu dla polskich żołnierzy był obóz dla Włochów i Rosjan. - Najbardziej wyniszczeni przez choroby, zwłaszcza przez gruźlicę byli jeńcy radzieccy. Przedstawiali żałosny widok. Oni też czekali na człowieka - mówi.

Do Libii

Po wojnie marzenie Marii spełniło się, została lekarzem. Pracowała jedenaście lat w Klinice Dermatologicznej w Warszawie. Do Kielc trafiła w 1961 r. To dzięki jej aktywności powstał w tym samym roku w Kielcach, pod jej kierunkiem, pierwszy oddział dermatologiczny oraz Wojewódzka Przychodnia Specjalistyczna. Wykształciła ponad pięćdziesięciu specjalistów dermatologii, co jest swoistym rekordem. - W pewnym etapie mojego życia wyjechałam z Polski. Byłam w trudnej sytuacji materialnej - wspomina. Uzyskała dwuletni kontrakt lekarza dermatologa do pracy w Libii. Z dwóch lat zrobiło się dziesięć. Był to pożyteczny okres w jej życiu, czuła się potrzebna jako specjalistka. Tam znalazła swój drugi dom. W Libii zetknęła się z chorymi na trąd. Wiedzę na temat tej choroby zdobywała w Adis-Abebie, w ośrodku, w którym kształcą się lekarze z całego świata pod kierunkiem specjalistów z Norwegii. Pomagając trędowatym zrozumiała, że jej praca ma sens, że niesienie pomocy drugiemu człowiekowi to wypełnianie tego, czego uczyła ją matka, prowadząc za rękę do ludzi potrzebujących.

Jak w Korei walczono z trądem

Reklama

Po raz pierwszy z trądem spotkała się w późnych latach 50. w Korei Północnej, w Phenianie. Tam zainteresowała się odosobnionym „ośrodkiem” dla ludzi trędowatych. - Wysoki mur, jedzenie podawane przez mur w workach… Koszmar, czarna rozpacz - opowiada. Pokazywano jej nowe przypadki choroby, obserwowała jej przebieg, było to nowe doświadczenie, kolejny przykład, że ludzie czekają na człowieka. W pamięć wryło się jedno popołudnie. Lekarz który był dyrektorem ośrodka, zaprosił Marię na „przyjęcie”. Było wystawnie: mleko i jabłka. Patrząc przez okno, zobaczyła kobietę w zaawansowanej ciąży. Oparta o drzewo zanosiła się płaczem. - Co się z nią dzieje? - zapytała. Lekarz z rozbrajającą szczerością odpowiedział: Ona płacze, ponieważ u nas kobiety chore na trąd nie mogą rodzić dzieci, wkrótce odbędzie się zabieg dekapitacji - ucięcie główki płodu - stwierdził ze stoickim spokojem. Tak w Korei walczono z trądem.

Ośrodek dla trędowatych

Trąd nie jest chorobą dziedziczną. Maria pracowała w wielu ośrodkach misyjnych dla trędowatych w Indiach, w których chorzy zawierali małżeństwa i rodziły się zdrowe dzieci. W Libii postanowiła, że zajmie się ludźmi chorymi na trąd. I przez kolejną połowę życia leczyła ludzi zepchniętych na granice człowieczeństwa. Lecząc chorych w Libii, znalazła poparcie, stworzyła ośrodek dla trędowatych. Trędowaci żyli w dobrych warunkach, mieszkali we własnych domach, nie byli biedni ani niedożywieni, tylko nikt nimi się nie opiekował. Dawniej dostawali skromne dotacje od państwa i mieli sami się sobą zajmować. Pieniądze nie przychodziły na czas. Maria nie pozostawała bierna, chodziła i walczyła o to, co należało się chorym ludziom. Jeździła do nich, przywożąc okulary, ubranie, obuwie, a dla dzieci łakocie. Zyskała wiernych przyjaciół i szacunek wśród ludzi zarówno chorych, jak i dysydentów. Wciąż się dokształcała. Jeździła do Bengazi i tam, w bibliotece, czytała naukowe opracowania, które trafiały tam z całego świata.

Spotkanie z o. Żelazkiem

Reklama

Gdy wróciła do Polski po 20 latach pracy z trędowatymi, żal jej było nie wykorzystać wiedzy o trądzie. Gdy tylko dowiedziała się, że Polskie Towarzystwo Przyjaciół Ojca Jana Beyzyma z Krakowa szuka ludzi, którzy mogą pomóc trędowatym, nie wahała się ani chwili. Nawiązała kontakt z ośrodkiem w Jeevodaya, pojechała tam i zaczęła w nim pracować. Dyrektorzy ośrodka prosili o pomoc, szukali każdego chętnego: wolontariusza, pielęgniarki, lekarza. Pojechała za własne pieniądze. Otrzymała list od o. Żelaska, który zaprosił ją do współpracy w Puri. - Był wyjątkowy. Dobroć emanowała z tego człowieka, który całe życie poświęcił trędowatym - mówi. To chyba było dla niej największe przeżycie - poznać tak wyjątkowego człowieka. Zaprzyjaźnili się i mimo iż musiała wyjeżdżać do Polski, zawsze wracała do Indii, do o. Żelazka i jego podopiecznych.
O. Marian Żelazek, werbista, zorganizował wzorową kolonię dla chorych, wybudował szkołę, uczył ich, leczył, a przede wszystkim kochał. Jego zaangażowanie zostało zauważone i Ojciec był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Pierwszy raz Maria spotkała o. Żelazka na przełomie 1992/93 r. Prowadziła wówczas swój pamiętnik i tak opisała swoje wrażenia. „Co za osobowość! Wspaniałość tego człowieka polega na tym, że ma serce otwarte dla każdego, potrafi znaleźć rozwiązanie najbardziej zawiłych konfliktów, o które w Indiach nietrudno. Potrafi pocieszyć i żartować. Jest niezwykle tolerancyjny - nie dzieli ludzi zależnie od wyznania, tylko na dobrych i złych”. Ojciec Marian troszczył się o trędowatych, a było ich w kolonii blisko 600. Wśród nich wiele osób starszych, kalekich i ślepych. Byli tam też i młodzi z aktywnym trądem. Ojciec Marian otaczał swoich podopiecznych miłością, której tak potrzebowali więcej. Maria była pod wrażeniem tej osoby i tak zostało do dzisiaj.

Trąd nadal jest

Zgodnie ze statystykami, liczba chorych na trąd znacznie zmalała, spadła ilość zachorowań, jednak nadal wykrywane są nowe przypadki. Dotyczy to zwłaszcza takich krajów, jak Indie, Afryka Środkowa, Brazylia, gdzie trąd nadal jest problemem. W Indiach pracowała okresowo - jesienią i zimą, na lato wracała do Polski. Nie mogła wytrzymać pory deszczowej. Ale kiedy tylko przychodziła jesień, zawsze wracała do swoich trędowatych. Pracowała w kolejnym ośrodku w Ramgarh w stanie Bihar. Tam poznała kolejną wspaniałą osobę s. Stefanię Gębalczyk, pielęgniarkę franciszkankę szpitalną. Była jedyną Polką wśród Hindusek. W ośrodku znajdowała się szkoła dla blisko 400 dzieci.
Z trędowatymi siostra pracuje przeszło ćwierć wieku. To ona zaprosiła Marię do Ramgarh. Prosiła o pomoc, gdyż w ośrodku brakowało lekarza specjalisty. - Siostra Stefania to nadzwyczajny człowiek, niezwykle pracowita i energiczna, potrafi nawiązać kontakt z chorym, posługując się miejscowym dialektem, zrobi wszystko dla cierpiącej osoby - mówi. Maria pomagała, starając się dorównać siostrze w dobroci i miłości do chorych.

Inspirowana przez Matkę Teresę

Reklama

Nie przerywała kształcenia. Pracowała w kolejnym ośrodku naukowym, Institute of Tropical Medicine w Kalkucie. W tym czasie w Kalkucie żyła jeszcze Matka Teresa, bardzo się źle czuła. - Ona chętnie spotykała się z Polakami, lubiła ich. Ale z Marią się nie spotkała, nie miała już siły, gasła. Maria zwiedziła stworzone przez nią ośrodki.
Matka Teresa zaczynała swoją posługę dosłownie pod drzewem przy linii kolejowej, blisko Kalkuty, tam umieszczała swoich chorych. Z czasem wybudowano przy pomocy miejscowych władz specjalistyczny ośrodek, szpital, w którym przeprowadzane są operacje rekonstrukcyjne po przebytym trądzie. Aż trudno w to uwierzyć, że ta mała Albanka zrobiła tak wiele dla ludzi biednych, chorych i opuszczonych. Zawsze powtarzała, że świat choruje na najstraszniejszą chorobę - brak miłości. To była ostatnia wizyta Marii w Indiach. Wróciła do Polski. Lata pracy dały znać o sobie, ale Pani Maria jest nadal aktywna. Jeździ na zagraniczne kongresy - niedawno była w Rydze, w Lozannie, wybiera się do Werony. Publikuje w specjalistycznych pismach krajowych i zagranicznych.

Robię to, co kocham

Mimo swoich 89 lat, prowadzi praktykę lekarską, a uśmiech nie schodzi z jej twarzy. - Nie byłam bohaterką i nie czuję się jak bohaterka. Przez całe życie robiłam to, co kochałam, a kochałam swój zawód i możliwość pomagania chorym - podkreśla.
Niedawno otrzymała Nagrodę Miasta Kielc za rok 2011. Statuetka stoi na honorowym miejscu, pieniądze przekazała ks. Czesławowi Wali z Kałkowa-Godowa, który zorganizował hospicjum w sanktuarium Matki Bożej.

* * *

Prof. Stefania Jabłońska - światowej sławy dermatolog - taką wyraża opinię o Marii, która pracowała w Klinice Dermatologicznej w Warszawie na początku swojej drogi zawodowej. „Maria Kowalska jest lekarzem z powołania. Kocha swój zawód i pacjentów. Posiada wielką wiedzę, która jeszcze w pracy w Klinice w Warszawie umożliwiała habilitację i dalszą karierę naukową, świadomie z tego zrezygnowała, poświęcając się praktycznej służbie chorym. Ma szczególny stosunek do pacjentów, każdego traktuje z jednakową życzliwością bez względu na status czy kolor skóry. Do pacjentów podchodzi uczuciowo, pomaga im nie tylko w chorobie, ale też w różnych sytuacjach życiowych”.

W następnym numerze sylwetka Michała Płoskiego, pisarza ikon

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Leon XIV: nie wolno zadawać śmierci pod pozorem współczucia

2026-09-27 16:11

[ TEMATY ]

Leon XIV we Francji

Vatican Media

Godności osoby nie można mierzyć ani nie podlega ona dyskusji – podkreślił Leon XIV podczas spotkania z chorymi i pracownikami ośrodka Accueil Notre-Dame w Lourdes. Papież wezwał personel medyczny, aby pozostawał w służbie życia, rozwijał opiekę paliatywną i z czułością towarzyszył cierpiącym.

Leon XIV przypomniał, że Lourdes od ponad 150 lat jest miejscem, do którego pielgrzymi przybywają, aby przez Maryję powierzać Jezusowi swoje cierpienia fizyczne, psychiczne i duchowe. Jak zaznaczył, „tutaj kruchość nie jest ukrywana, lecz staje się przestrzenią świętego spotkania”.
CZYTAJ DALEJ

Niech będzie imię Pańskie błogosławione!

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

„Zdarzyło się pewnego dnia, gdy synowie Boży udali się, by stanąć przed Panem, że i szatan też poszedł z nimi". Lekcjonarz otwiera tydzień Hioba od sceny dworskiej. Niebo jest tu salą rozpraw, synowie Boży radą, a wśród nich ha-satan, z rodzajnikiem, więc nie imię, lecz funkcja. Oskarżyciel, przeciwnik procesowy, ten, kto przemierza ziemię i zbiera materiał. Kanonista rozpozna w nim urząd rzecznika oskarżenia, i to jest lektura zamierzona przez autora, bo szatan Hioba nie jest jeszcze diabłem późniejszej teologii. Jest stroną w sporze, która ma prawo zadać pytanie. „A zwróciłeś uwagę na sługę mego, Hioba?" To Bóg wskazuje na Hioba, nie oskarżyciel. Próba zaczyna się od pochwały. „Czyż za darmo Hiob czci Boga?" Ha-chinnam. Za darmo, bez interesu. To pytanie jest osią całej księgi i osią każdej religii. Oskarżyciel nie kwestionuje pobożności Hioba, kwestionuje jej motyw. Czcisz, bo Ci się opłaca, bo zostałeś ogrodzony błogosławieństwem jak winnica. Zabierz ogrodzenie, a zobaczysz, co zostanie. Bóg przyjmuje zakład i wyznacza granicę. Majątek tak, osoba nie. Potem następują cztery posłańce, każdy z tą samą formułą „ja sam uszedłem, by ci o tym donieść", i każdy przychodzi, „gdy ten jeszcze mówił". Sabejczycy, ogień z nieba, Chaldejczycy, wicher. W jedno popołudnie Hiob traci woły, owce, wielbłądy, sługi i dziesięcioro dzieci. Autor nie skraca listy, bo chce, żeby czytelnik usłyszał każdy cios osobno. „Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł: Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!" JHWH natan we-JHWH laqach. Kościół wkłada te słowa w usta wszystkim, którzy chowają swoich, i rzadko pamięta, że wypowiedział je człowiek, który tego samego dnia stracił wszystko. Odpowiedź Hioba jest odpowiedzią na pytanie oskarżyciela. Czci za darmo, bo czci także wtedy, gdy nic nie zostało. W tym tygodniu usłyszymy jego skargę o Bogu, z którym nie da się procesować (30 IX), jego wołanie o Wykupiciela, który wstanie jako ostatni (1 X), i epilog, w którym Bóg przyzna mu rację przeciw przyjaciołom (3 X). Dziś słyszymy tylko pierwszy dzień i pierwsze zdanie. Wacław, wspominany dziś książę czeski, zabity przez brata u drzwi kościoła, do którego szedł na jutrznię, jest w tej perykopie po stronie Hioba. Czcił za darmo, aż po próg. „W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył i nie przypisał Bogu nieprawości". Oskarżyciel przegrał pierwszą rundę. Proces jednak trwa. I jest to treść całej reszty tej pięknej natchnionej księgi.
CZYTAJ DALEJ

Bal dla katolickich singli!

2026-09-28 13:13

plakat organizatorów

Jeśli szukasz relacji opartej na wartościach katolickich, jeśli modlisz się o dobrego męża, o dobrą żonę, to być może jest to zaproszenie skierowane także do Ciebie!

„Otwórz się na miłość” to bal dla katolickich singli, który odbędzie się w sobotę, 14 listopada w godzinach: od 14:00 do 23:00 w Centrum Jana Pawła II (budynek Fides), przy ul. Totus Tuus 34 w Krakowie. Przed balem zostanie odprawiona Msza św. w Sanktuarium Jana Pawła II.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję