Angelika Kawecka: Na swoim profilu w mediach społecznościowych ma Pan krzyżyk i gołębicę – symbole wiary i Ducha Świętego. Czy łatwo się przyznać do wiary w świecie celebrytów?
Adam Wyszyński: Nie wstydzę się swojej wiary i daję tym samym znać, że po moich social mediach można oczekiwać również treści związanych z Bogiem. Co do wiary w moim życiu, to nie ma tu żadnej spektakularnej historii. Wyniosłem ją z domu, ale uważam, że każdy musi w swoim dorosłym życiu zbudować relację z Bogiem na nowo, po swojemu, bez patrzenia na rodzinne schematy. W przeciwnym razie można poprzestać na powielaniu praktyk, za którymi nie idzie prawdziwa relacja. Widzę po sobie, że to nie jest tak, że wiarę wynosi się z domu i już się ją ma. Trzeba o nią walczyć, zabiegać, doskonalić i szukać swojej drogi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
W jaki sposób w tym zabieganiu i wielości ról pielęgnuje Pan swoją relację z Bogiem na co dzień?
Reklama
Bardzo cenię sobie wypracowanie konkretnych zachowań i nawyków, które powtarzam bez względu na to, czy mi się danego dnia coś chce, czy nie. Przykładem takiej praktyki jest udział w porannej Mszy św., po której idę od razu na siłownię i dopiero zaczynam pracę. Pozwala mi to zadbać o duszę i ciało na samym początku dnia, co daje mi siłę do podejmowania wyzwań, które przychodzą. Mam też wrażenie, że takie ustawienie porządku pomaga mi w trudnościach i w zarządzaniu czasem. Nie boję się też wyzwań i przyjmowania na siebie kolejnych obowiązków – nigdy nie wiadomo, co Bóg dla nas szykuje, nie powinniśmy więc zamykać się w swoim wygodnym świecie.
Konkurs piękna to ogromna ekspozycja na ocenę: wyglądu, ciała, stylu życia. Jak Pan – jako człowiek wierzący – radzi sobie z pokusą skupienia się wyłącznie na tym, co zewnętrzne? Co pomaga pamiętać, że prawdziwe piękno rodzi się z wnętrza?
Przede wszystkim nie lubię określenia „konkurs piękna”. Przekonałem się, że w tym konkursie wygląd to tylko jeden z czynników umożliwiających zwycięstwo. Przez niemal tydzień zgrupowania oceniane jest to, jak zachowujemy się względem innych uczestników, jak traktujemy osoby trzecie, co mamy do przekazania i czy mamy na siebie pomysł. Przyznam, że do konkursu Mistera Polski podchodziłem z ostrożnością, ale kiedy zobaczyłem, jak to wygląda, nabrałem przekonania, że dobrze zrobiłem, biorąc w nim udział. Na żadnym z etapów konkursu ani po jego wygraniu nie miałem dylematów co do moich wartości. Cały czas byłem sobą.
Reklama
Swoją drogą, podoba mi się to pytanie, bo jest takim dyplomatycznym opakowaniem pytania: „Czy ci nie odbije?”. Wiele osób obserwuje moją aktywność i z życzliwości patrzy mi na ręce. A ja to doceniam, ponieważ w świecie mediów jest sporo pokus i zagrożeń. Zwłaszcza social media działają tak, że tam każdy uczestniczy w codziennym konkursie piękności, zbiera lajki, kreuje swój sztuczny wizerunek i bagatelizuje ryzyko z tym związane. Tak więc ryzyko „odbicia” stoi przed niemal każdym, ale mało kto zadaje sobie takie pytania. Ja mam to szczęście, że jestem o to pytany publicznie.
Nosi Pan nazwisko, które w Polsce od razu przywołuje postać bł. Prymasa Tysiąclecia. Czy to nazwisko w jakikolwiek sposób Pana zobowiązuje?
Czasami jestem pytany o pokrewieństwo z kard. Wyszyńskim. Za każdym razem odpowiadam, że zbieżność nazwisk jest raczej przypadkowa, choć zobowiązująca :). Właśnie ze względu na nazwisko dość naturalne było moje zainteresowanie tą postacią. Słowa i nauka kard. Wyszyńskiego niezwykle imponują mi twardym stąpaniem po ziemi przy jednoczesnym zachowaniu pryncypiów. Jest to świetny przykład dla mężczyzn, jak powinni postępować, zachowując wiarę i miłość do ojczyzny, które obecnie są tak ważne i potrzebne.
W swoich działaniach łączy Pan biznes, media i aktywność społeczną. Gdy patrzy Pan na to przez pryzmat Ewangelii, co dla Pana znaczy być dziś mężczyzną sukcesu, a jednocześnie uczniem Chrystusa?
Reklama
Najważniejsze jest to, żeby być spójnym i autentycznym. Nie można być w domu dobrym katolikiem, a w pracy, w towarzystwie albo na imprezie zapominać o swoich wartościach. To uważam za klucz do dobrego życia – w każdej sytuacji i w każdej sferze powinniśmy kierować się przykazaniami – tu nie ma wyjątków. Są tylko błędy i zaniechania, które każdy z nas popełnia. Co do sukcesu... Czym on obecnie jest? Kto odniósł większy sukces – człowiek bogaty, który osiągnął coś kosztem innych, czy ktoś, kto żyje skromniej, ale ma wokół siebie życzliwych ludzi? Mam wrażenie, że w czasach epidemii samotności i ogólnego dobrobytu coraz mniej imponuje nam sukces finansowy i zaczynamy doceniać wartość sukcesu w zakresie relacji.
Czy ma Pan przekonanie, że Pańska obecność w mediach może być przestrzenią dyskretnej ewangelizacji? Jakie treści stara się Pan tam świadomie „przemycać”?
Tutaj nie trzeba niczego przemycać. Trzeba być sobą i nie wstydzić się mówić, kim się jest. Osobiście staram się inspirować ludzi, którzy mnie obserwują, do rozwijania się w każdej sferze – fizycznej, umysłowej i duchowej. Dlatego staram się mówić jednocześnie o sporcie, pasjach i wartościach. Mam wrażenie, że wiele osób jest zagubionych – zwłaszcza mężczyzn, co pokazuje ilość depresji i samobójstw. Postawienie Boga na pierwszym miejscu daje fundament gwarantujący oparcie nawet w najtrudniejszych chwilach. Dlatego też powtórzę – wiara nie jest czymś do przemycania. Jest kluczowym elementem składowym uporządkowanego życia.
Mister Polski, reprezentant kraju na Mister Supranational, Top 20 w świecie – to tytuły, które łatwo mogą zawrócić w głowie. Czy miał Pan taki moment, w którym musiał Pan sobie jasno powiedzieć: „To tylko tytuł, nie moja tożsamość”? Co pomaga Panu pozostać sobą – Adamem z Zielonej Góry, a nie tylko „panem z okładki”?
Reklama
U mnie było trochę odwrotnie – tytuły pozwoliły mi zbudować pewność siebie, której mi brakowało. Pozwoliły mi zobaczyć, że nie warto martwić się negatywnymi komentarzami, hejtem i zawiścią – to zawsze było i będzie, bez względu na to, jak wyglądamy, co sobą reprezentujemy i co osiągamy. Powinniśmy wręcz patrzeć na takie osoby ze współczuciem, bo jeśli ktoś się decyduje na takie zachowania, to musi wewnętrznie cierpieć. Jeśli zaś chodzi o tożsamość... Misterem Polski jest się tylko rok, więc głupotą byłoby się nazbyt przywiązywać do tego tytułu. Jest on jednak świetną szansą na to, żeby dać się zauważyć, dobrze zaprezentować i pomyśleć, co zrobić z tym dalej. Moja „kadencja” trwa do wiosny i też muszę myśleć, co zrobić, żeby nie zaprzepaścić tej szansy. Mam kilka pomysłów, ale na nic się nie zamykam i wciąż szukam nowych ścieżek i miejsc, gdzie mógłbym się zaangażować.
Regularnie bierze Pan udział w pielgrzymkach i wyjazdach rekolekcyjnych. Czego Pan najbardziej uczy się na pielgrzymim szlaku?
Od razu przychodzą mi do głowy takie słowa, jak wytrwałość i konsekwencja. Do pielgrzymowania wróciłem w chwili największego kryzysu i nieradzenia sobie z problemami. I to jest dobre, że mamy takie trudne doświadczenia – one pomagają zburzyć to, co nieuporządkowane, by zbudować na nowo. Każdy, kto był na pielgrzymce i zostawił tam swoje problemy, wie, że później zaczyna się jazda bez trzymanki – i to w sposób, którego najmniej się spodziewamy. To nie koncert życzeń i nie miejsce, gdzie spełniają się nasze zachcianki – Bóg działa inaczej, niż chcemy, ale i wie lepiej, co jest dla nas dobre. Widzę też, że pielgrzymki stały się czymś atrakcyjnym. Ludzie, którzy zmagają się z samotnością, jednocześnie widzą w social mediach zdjęcia i filmy z pielgrzymek, a na nich masę zadowolonych, szczęśliwych ludzi. Autentyczność, radość i beztroska, której większość z nas nie doświadczyła od czasów dzieciństwa... Dla wielu to też idealne miejsce na znalezienie żony/męża, jeśli liczą na spotkanie osoby o podobnych wartościach i chcą sprawdzić, jaka ona jest w trudnych pielgrzymkowych warunkach.
