„Pan Bóg nie może być wszędzie naraz. Dlatego stworzył matkę” – mówi, puentując opowieść, narrator filmu kanadyjskiego reżysera i scenarzysty Kena Scotta (francuski tytuł: Moja matka, Bóg i Sylvie Vartan). Jest nim dorosły, dojrzały Roland (w tej roli Jonathan Cohen), szóste, najmłodsze dziecko Esther, ale to jego matka jest centralną postacią filmu. Tuż po narodzinach Rolanda lekarze orzekli, że nie będzie normalnie chodził: nie pozwalała na to chora, przekręcona stopa. Ale nie z Esther (Leila Bekhti) i jej rodziną takie numery. Nie przyjęła tego do wiadomości i podjęła trwającą całe lata walkę z (wydawałoby się) nieubłaganym losem, o sprawność i normalne, tytułowe cudowne życie syna. Innym wydałoby się to bez sensu, ale Esther znalazła sens w modlitwie o cud i w wydeptywaniu kolejnych ścieżek do niezliczonych specjalistów, którzy zgodnie rozkładają ręce. Jest mądrą, charyzmatyczną, zdeterminowaną, upartą, potrafiącą się opierać wszelkim przeciwnościom kobietą. Te cechy oraz umiejętności domorosłej specjalistki od tego typu schorzeń walnie przyczyniają się do wyleczenia Rolanda. Potem jednak Esther też nie ma lekko, bo gdy syn opuszcza dom rodzinny, dotyka ją syndrom opuszczonego gniazda. Przecież wciąż chciałoby się chronić dziecko i układać mu życie. Nie ma lekko i Roland, któremu doskwierają kłopoty z samodzielnością i podejmowaniem własnych decyzji. Ciekawy, wzruszający film, oparty na prawdziwych wydarzeniach. /w.d.
Pomóż w rozwoju naszego portalu